Strona główna > Polski > CZYTELNIA > Każde cierpienie ma sens?

Każde cierpienie ma sens?

Czwartek 15 marca 2012

W jednej ze znanych piosenek śpiewamy: „każde cierpienie ma sens, prowadzi do pełni życia”. Czy taka jest pełna prawda o rzeczywistości cierpienia? Może śpiewamy to bezwiednie, czyli bez zastawienia, jak się to ma do życia? Nad cierpieniem trzeba się jednak zastanawiać, gdyż jest nieodłączne od życia i jeśli nie zostanie dojrzale wkomponowane w życie, staje się balastem nie do uniesienia. Podstawowy argument, jaki można wytoczyć przeciw prawdzie śpiewanej w tej piosence, można sprowadzić do tego: stworzeniem, które cierpi odwiecznie i bezsensownie, jest szatan. Przygnieciony tym brzemieniem nie do uniesienia, „pełza po ziemi” i usiłuje wciągnąć w swoją sytuację inne stworzenia. Inny argument możemy znaleźć, gdy spojrzymy w stronę Kalwarii i zamyślimy się nad trzema krzyżami stojącymi tam w bliskim sąsiedztwie: Jezus Chrystus pośrodku, złoczyńcy – jeden po jego prawej i drugi po lewej stronie. Ci trzej w swoim cierpieniu są nad ziemię podwyższeni, a przeżywają sytuację w sposób zupełnie odmienny i dla siebie właściwy. Jezus w tej sytuacji wciąż miłuje Ojca i prowadzi z Nim dialog. Łotr skruszony uznaje słuszność kary, jaką ponosi za swe czyny i prosi Jezusa o łaskę życia w Jego Królestwie. Drugi z łotrów, doznając bólu, zachowuje postawę buntu, nie kruszeje w sercu, lecz urąga cierpiącemu Sprawiedliwemu, który „nic złego nie uczynił” (Łk 23,41). Kto nie jest zdolny dostrzec swej winy, jest chory duchowo. Jest „żywym trupem, maską” – mówi psycholog A. Görres (Schuld und Schuldgefühl, „Internationale Zeitschrift Communio” 13/1984, s. 134); zamilknięcie sumienia jest bardziej niebezpieczne niż jakikolwiek popełniony a odpokutowany grzech. Kto rozpoznał podłość swego czynu – jest ocalony, kto tkwi w zakłamaniu – zginął na wieki. „To nie przypadek, że w oczach Jezusa faryzeusz jawi się jako prawdziwie stracony” (kard. J. Ratzinger, Prawda. Wartości. Władza, Kraków 1999, s. 33). Cierpienie zbuntowanego łotra nie ma żadnego sensu. A Jezus nie narusza jego wolności, nie nadużywa mocy słowa, by jego wybór odmienić. Pytanie o sens przynależy do porządku naszej wiary, którą przyjęliśmy ze skarbca Kościoła, a która opiera się o Logos Wcielony. Greckie słowo „logos” zwykle tłumaczymy jako „słowo”, trzeba nieraz tłumaczyć je także jako „sens”. Sensu życia ani sensu cierpienia nie znajdziemy posługując się tylko sprawnością swego intelektu. Potwierdza to wielowiekowy wysiłek podejmowany w buddyzmie, który nie doprowadza dalej niż do wnioskowania, że cierpienie nie ma sensu, wobec tego trzeba nauczyć się niewrażliwości na nie, wyzbyć się pragnień (nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić – popularny symbol trzech małpek złączonych w jedno w postawie zasłonięcia ust, uszu, oczu). Wiara Kościoła daje nam klucz do sensu otaczającej rzeczywistości i tego wszystkiego, czym wypełnione jest nasze osobiste życie. Tym kluczem jest Osoba Jezusa Chrystusa – Logos Wcielony, Sens rzeczywistości pochodzącej od Ojca. W sytuacji cierpienia – mającego nie tylko postać choroby, ale różnoraką postać krzyża codzienności – wiara nie daje nam gotowych recept, jednakowych dla każdego. Nie można kogoś uprzedzająco wyuczyć, jak ma postępować w cierpieniu, by miało ono sens. Za każdym razem, gdy cierpienie przychodzi, serce człowieka musi na nowo stanąć wobec Chrystusa i w Nim wyczytać sens; w dialogu z Nim zrozumieć, jak postępować; z Niego zaczerpnąć mocy do udźwignięcia tego doświadczenia. To są zawsze indywidualne diagnozy, recepty, rokowania na przyszłość. Ostateczne rokowanie, jakie daje nam wiara, zawsze dotyczy „życia wiecznego” i kojarzy się nie ze starością i niesprawnością bez końca, ale z niezniszczalną młodością i sprawnością. Prawda o doczesności cierpienia („trwa do czasu”) jest bardzo pocieszająca i trzeba o niej pamiętać, gdy boimy się tego, ile zdołamy wytrzymać. Św. Paweł ujawnił, że doznał takiej udręki „do ostateczności i ponad siły”, która kazała mu wątpić, „czy uda się […] wyjść cało z życiem” (2Kor 1,8). W tej właśnie sytuacji zrozumiał, że nie może „ufać sobie samemu, lecz Bogu” (1,9). I faktycznie doświadczył, że On wybawił „od tak wielkiego niebezpieczeństwa śmierci i będzie wybawiał” (1,10). Cierpienie wierzącego może zatem mieć miarę „ponad ludzkie siły”, ale nie ponad miarę sił połączonych: Boskich i ludzkich. Cierpienie stwarza okazję, by tę prawdę odkryć i głęboko ją wkorzenić w swą codzienność. Słusznie pisał karmelita J. Zieliński, że zadania „z matematyki czy fizyki można rozwiązać na kartce papieru. Zadania, które zadał Jezus, rozwiązujemy we własnym sercu, bo i cierpienie nie jest rzeczą leżącą gdzieś obok, lecz doświadczeniem, które czyni sobie z nas dom do zamieszkania” (zob. W szkole cierpienia. Trudne drogi do ważnych odkryć, Wyd. Karmelitów Bosych, Kraków 2007, s. 10). W Jezusowej szkole cierpienia dostrzegamy, że cierpienie przyjęte w Jego stylu – w miłości do Ojca – może stanowić dla nas czynnik skutecznie przyspieszający duchowe wzrastanie i dojrzewanie. Miarą wzrostu nie jest tu czas, ale pogłębiająca się wytrwała wierność i ufność wobec Ojca, który dał nam życie doczesne i wyczekuje nas w domu wiecznego rozwoju. Jezus z krzyża powierzył ducha w Jego ręce, gdy ciało wciąż pozostawało w zasięgu rąk ludzkich. Jako Zmartwychwstały przychodzi On co dzień do swego Kościoła, by w Ciele i Krwi złączyć się z naszą bezsilnością i wypełnić ją mocami nie z tego świata. Biel hostii, w którą wpatrujemy się codziennie, nie może się równać z żadną naszą bladością wynikłą z cierpień doczesnych. Ciało Eucharystyczne przypomina, że On przelał ostatnią kroplę krwi, by nas ocalić. Nas, którzy zwykle nie opieramy się „aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi” (Hbr 12,4). Przyjmując Ciało Pana możemy oczekiwać powrotu do zdrowia czy wzmocnienia sił w innych naszych cierpieniach. Kościół jednak tuż przed komunią eucharystyczną wkłada nam w usta słowa, które powinniśmy wypowiadać świadomie, z wyczuciem sensu: „…będzie uzdrowiona dusza moja”. To dewaluuje slogan: „w zdrowym ciele – zdrowy duch”. W niezdrowym ciele Jana Pawła II widzieliśmy zdrowego ducha przez wiele lat. Stąd, bardziej trzeba sobie wzajemnie życzyć „zdrowej duszy”, niż „zdrowia ciała”. Cierpienia, które dotykają obszaru ciała w postaci choroby, mogą nas skutecznie przekonać, że nie można życia budować w oparciu o swoje siły cielesne, inteligencję, urodę, finanse i relacje międzyludzkie. Jeśli cierpienia burzą taką iluzję – to są cenne i sensowne. Fundamentem i źródłem życia jest Bóg i tę prawdę człowiek winien mieć przed oczyma. Przez cierpienie Bóg może wyraźnie ostrzegać człowieka, gdy jego przewrotność przebrała miarę i grozi utratą życia wiecznego. Czytamy o tym w ostatniej księdze Nowego Testamentu, gdzie Bóg mówi o Jezabel: „Dałem jej czas, by się mogła nawrócić, a nie chce odwrócić się od własnej rozpusty. Oto rzucam ją na łoże boleści” (Ap 2,22). Także Stary Testament zna ten sens cierpienia: „Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł godnymi siebie” (Mdr 3,5). Sensowność cierpienia kryje się w tym, że może ono skutecznie formować człowieka od wewnątrz, zmieniać jego logikę postaw, przekonania i motywacje. Cierpienie może być pomocne do stawiania oporu „horyzontalizmowi” – temu schorzeniu ducha ludzkiego, które nie pozwala wznieść oczu i serca ponad linię horyzontu doczesnego. Tymczasem w każdej Eucharystii kapłan nawołuje nas do przekroczenia linii horyzontu ziemskiego: „w górę serca – wznosimy je do Pana”. Wierzący, który nauczy się takiego podnoszenia serca „nad ziemię” podczas Eucharystii, łatwiej wzniesie je ku Bogu w sytuacji choroby czy innego cierpienia, które go przygniecie. Odczyta tę sytuację w innej perspektywie niż niewierzący czy praktykujący bezwiednie. Cierpienie może oczyszczać z niedojrzałych pragnień, które opanowały nas do tego stopnia, że już nasza wola stała się „bezwolna”, pozbawiona mocy wprowadzenia w czyn tego, co rozumem uznajemy za słuszne. Cierpienie może też hartować i wzmacniać serce, o ile przeżywamy je korzystając z bliskości Jezusa Chrystusa, Odkupiciela. Jan Paweł II opuszczając klinikę Gemelli, gdzie był leczony po zamachu, powiedział: „Wiem lepiej niż przedtem, że cierpienie jest takim wymiarem życia, w którym łaska odkupienia zaszczepia się w ludzkim sercu głębiej niż kiedykolwiek” (Nauczanie papieskie, IV, 2, Poznań 1989, s. 39). Jest to ważne zwłaszcza dla tych, którzy swą codzienność postrzegają jako przekleństwo i ratują się jakąś ucieczką. Święci uczą nas innej logiki. Błogosławiona karmelitanka Elżbieta od Trójcy Świętej stawia pytanie: „Czy można z doświadczenia tak nieświętego, jak mozół i cierpienie codzienności uczynić liturgię, czyli uwielbienie Boga?”. Odpowiada na nie twierdząco, o ile do wszystkich tych spraw idzie się z myślą o bliskości Bożej. W cierpieniu trzeba nade wszystko przywoływać Ducha Świętego, którego Jezus nazwał Pocieszycielem! On wnosi nowe światło, które sprawia, iż nie koncentrujemy się tylko na sobie i swoim cierpieniu. Św. Teresa z Lisieux pytała siebie: „Cierpię wiele, lecz czy cierpię dobrze? Oto, co jest ważne!” (Pisma mniejsze, Kraków 2003, s. 539). Św. Faustyna zanotowała w Dzienniczku: „Jezu, dziękuję Ci za codzienne drobne krzyżyki, za przeciwności w moich zamiarach, za trud życia wspólnego, za złe tłumaczenie intencji, za poniżanie przez innych, za cierpkie obchodzenie się z nami, za posądzenia niewinne, za słabe zdrowie i wyczerpanie sił, za zaparcie się własnej woli, za wyniszczenie swego ja, za nieuznanie w niczym, za pokrzyżowanie wszystkich planów… Dziękuję Ci, Jezu, za cierpienia wewnętrzne, za oschłości ducha, za trwogi, leki i niepewności, za ciemności i gęsty mrok wewnętrzny, za pokusy i różne doświadczenia, za udręki, które wypowiedzieć trudno, a zwłaszcza za tę, w której nas nikt nie zrozumie, za godzinę śmierci, za ciężkość walki w niej, za całą jej gorycz” (nr 342–3). Ta prosta zakonnica – bez studiów teologicznych, całe życie ciężko pracująca fizycznie – odkryła sens cierpienia, który się nie dezaktualizuje: „jak chorobę mierzy się termometrem, a silna gorączka mówi nam o wielkości choroby, tak w życiu duchownym cierpienie jest termometrem, który mierzy miłość Bożą w duszy” (nr 774). Nie znaczy to, że cierpienia przeżywała ona zawsze w jakimś duchowym uniesieniu, z twarzą pogodną i sercem radosnym. Szczerze wyznaje: „są chwile, gdzie nie mam ani myśli wzniosłych, ani polotu ducha, znoszę cierpliwie sama siebie i przyznaję, że to właśnie ja jestem, bo wszystko co piękne, jest łaską Bożą. Wtenczas upokarzam się głęboko i wzywam pomocy Twojej, a łaska nawiedzenia nie ociąga się z przyjściem do serca pokornego” (nr 1734). Sens cierpienia odsłania się naszemu rozumowi w Osobie Boga–Człowieka, który w pełni czasów podjął dzieło re-formacji człowieka, przyjąwszy z Niepokalanej ciało i krew. Powiązał je ze swą Boskością i uczynił narzędziem Odkupienia, Lekiem na wszelkie zło rozplenione w doczesności. W swoim Kościele zostawił też Ducha Świętego, który „ocienia” skwar ludzkiej udręki i przynosi ulgę. Cierpiący doznawszy, iż jest „w pieczy Najwyższego i w cieniu Wszechmocnego” (Ps 91,1), odczuwa nie tylko ucisk, ale i poczucie sensu tej sytuacji. Ten sens wyłania się z tajemnicy zaangażowania Osób Boskich w los człowieka. Odpowiadając na pytanie tytułowe powiemy: każde cierpienie zjednoczone z Jezusem Chrystusem, Panem i Zbawicielem – ma sens, prowadzi do pełni życia. Każde cierpienie pozbawione tej łączności jest uwikłane w bezsens lub małe doczesne usensownienia, które łatwo kruszeją wobec dotkliwego bólu. Samo w sobie cierpienie nie jest wartością, jednak sytuuje człowieka wobec możliwości przewartościowania wielu spraw. Czy człowiek się na to zdobędzie czy nie – to sprawa jego wyboru.

Publikacja w „Zwycięstwo Niepokalanej” 01 (56) 2011

Teresa Paszkowska

Skomentuj ten artykuł

 
SPIP | wykonanie:Fotografia panoramiczna - wirtualne wycieczki | Se connecter | Mapa strony | Prace redakcyjne RSS 2.0