Strona główna > Polski > CZYTELNIA > CIERPIENIE NIE JEST PRZECIWIEŃSTWEM ŻYCIA

CIERPIENIE NIE JEST PRZECIWIEŃSTWEM ŻYCIA

Piątek 7 września 2012

Żyjąc przez lata w systemie opartym na marksizmie, przyzwyczailiśmy się do postrzegania wielu rzeczy „dialektycznie”, tzn. stawiając dwie sprawy naprzeciw siebie i odczytując je jako wrogie sobie. Przeciwstawiamy: zdrowie i chorobę, powodzenie i cierpienie. Logika ewangeliczna pozwala nam takie sprawy postrzegać „organicznie”. Jesteśmy włączeni w Ciało Mistyczne Chrystusa, jakim jest Kościół. Tu, w jednym Organizmie – spotykamy uwielbionego Pana, Jego szczęście pełne chwały i życia. Równocześnie u zwycięskiego Zbawcy widzimy Rany, które nie pozwalają zapomnieć, że On cierpiał za nas. Cierpienie, kiedy – jak mówimy – „przychodzi na nas”, nie jest czymś przypadkowym. Tylko człowiek małej wiary lub niewierzący odczyta je jako „dopust Boży” lub ślepą ironię losu, która właśnie jego obrała za adresata. Prawie trzy lata temu pojawiły się u mnie oznaki wskazujące, że mogę być poważnie chora. W moim przypadku nie był to powód do lęku, bo od jakiegoś czasu nosiłam w sobie pragnienie, które mogę wyrazić słowami św. Pawła: „pragnę odejść, a być z Chrystusem” (Flp 1,23). Oznaki choroby odebrałam jako „Boży sposób” na to przejście, rychłe i pożądane. Postanowiłam sobie nie korzystać z pomocy medycznej, nie diagnozować i nie podejmować leczenia. Nieopatrznie, w rozmowie wypowiedziałam przed kimś zdanie, które ujawniło, że nie chcę już żyć w doczesności. Ktoś mi przyjazny zareagował bardzo głęboko i nie ustał w naleganiach, bym poszła do lekarza. Przyrzekłszy to – „dla świętego spokoju” – poddałam się badaniu i od tego momentu „wpadłam w ręce medyków” na stałe. Następnego dnia zostałam wezwana do centrum onkologii i kolejno w różnych punktach dowiadywałam się, że sprawa jest poważna. Młoda lekarka odważyła się powiedzieć: pani ma raka, wie pani? Jedna z pielęgniarek ze łzami powiedziała: tu chodzi o pani życie, proszę, niech pani przyjdzie na te badania… Przyszłam. Od tej pory przeszłam ponad setkę różnych wizyt i zabiegów. Złośliwość nowotworu była tak wielka, że bez jej zmniejszenia nie można było operować. Chemioterapia (AT – tzw. czerwona chemia i taxoter – tzw. czarna) zaaplikowana w podwójnej dawce zmniejszyła guz o jedną trzecią i usunęła stan zapalny. Chirurg mógł usunąć pierś i węzły chłonne. Kolejna dawka chemioterapii wyniszczała pozostałe komórki nowotworowe. Miesięczna radioterapia dopełniała tej walki. Teraz trwa immunoterapia w postaci herceptyny z navelbiną, z ustaleniem dożywotnim – o ile nie przyjdą przerzuty na inne organy, a wraz z nimi kolejne chemioterapie czy interwencje chirurgiczne. Medyczny „wyrok dożywocia” dla kogoś może brzmieć groźnie, mnie nie wydaje się czymś zatrważającym. Wszyscy z tego świata odejdziemy przez bramę śmierci – takie przejście graniczne – tę „bramę” wierzący postrzega w połączeniu z Chrystusem Zmartwychwstałym, naszym Żyjącym Panem, który ma „klucze śmierci” (Ap 1,18). Przez śmierć wychodzimy z doczesnego życia. Przez Niego jako „bramę” (J 10,9) wchodzimy do Życia wiecznego. Poddając się leczeniu postanowiłam nie korzystać z żadnych protekcji i ułatwień, choć osoby zaprzyjaźnione oferowały mi taką pomoc. Chcę być w tych samych kolejkach do lekarzy i gabinetów zabiegowych, co wszyscy pacjenci tego centrum onkologicznego. To wiąże się z przeznaczeniem wielu godzin w rytmie co 21 dni, a wcześniej w każdym tygodniu, na pobyt w tym środowisku. Poznałam w tym okresie tysiące ludzi, jedni już nie przychodzą (wyleczeni albo spoczęli w Panu), inni dołączają i dopiero oswajają się ze swoją sytuacją. Wzajemnie dodajemy sobie otuchy, przekazujemy praktyczne wskazówki, pamiętamy o sobie w modlitwie. Zyskałam nowe grono przyjaciół. W okresie między rozpoznaniem a operacją osoby zaprzyjaźnione w mojej intencji ofiarowały ponad sto Mszy Świętych (taka „gregorianka” za życia) i kilkanaście nowenn przez pośrednictwo Matki Bożej i różnych świętych. Wciąż towarzyszą mi modlitwą. Czy można otrzymać większy dar? Sama nigdy nie prosiłam Chrystusa o wyzdrowienie. Moje pragnienie, by doczesność już się skończyła, jest poważne. Pozostawiłam Jego woli, czy mam odejść czy zostać. Zaraz po głównej diagnozie przyjęłam sakrament chorych – w dniu św. Józefa, patrona dobrej śmierci – z jego mocy korzystam nieustannie, bo nie doznałam lęku nawet przez moment. Trudno było, gdy na Wielkanoc nie miałam sił pójść na rezurekcję, potem na procesję Bożego Ciała. Pierwszy raz w życiu, jak pamięcią sięgam… Dyskomfort odczułam utraciwszy włosy, gdy w peruce stawałam przed tymi, z którymi pracuję i mieszkam. Czy jednak nie jest cudem, że przez cały ten okres mogę pracować – pogodzić kalendarz medyczny z kalendarzem dotychczasowego życia? Oczywiście, przy dużej dozie wyrozumiałości moich pracodawców i współpracowników. A ile życzliwości doznałam od domowników, którym sprawiam kłopot i wyglądem, i wymogami dietetycznymi, bo chemioterapia utrudnia odżywianie. Mogę zaświadczyć zupełnie szczerze: cierpienie wpisuje się w nasze życie jako bardzo pożyteczne, jeśli przyjmujemy je od Pana i oddajemy Panu, aby uczynił z niego coś wartościowego. Dzielę się tym, by ktoś z Czytelników, kto może dopiero oswaja się ze swoją sytuacją cierpienia, nie lękał się zbytnio. Nasz Pan przez cierpienie przywrócił nam życie! Cierpienie nie jest przeciwieństwem życia. Możemy żyć jako zdrowi lub jako chorzy, ważne jest by pozostać w jedności z Chrystusem i sięgać po te moce, jakie On nam pozostawił w sakramentach Kościoła.

Barbara (imię z bierzmowania)

Skomentuj ten artykuł

 
SPIP | wykonanie:Fotografia panoramiczna - wirtualne wycieczki | Se connecter | Mapa strony | Prace redakcyjne RSS 2.0